a




11 dni
12:23:32
Lech Poznań - GKS Bełchatów
17-02-2012
::Ekstraklasa::
3:2
Lech Poznań - Zagłębie Lubin
12-12-2011
::Ekstraklasa::
MB-BP
1.Śląsk Wrocław1731-1337
2.Legia Warszawa1729-1033
3.Polonia Warszawa1719-1531
4.Ruch Chorzów1726-1829
5.Lech Poznań1729-1228
6.Wisła Kraków1716-1327
7.Widzew Łódź1714-1225
8.Korona Kielce1718-1925
MB-BP
9.Podbeskidzie Bielsko-Biała1715-1923
10.Jagiellonia Białystok1720-2722
11.Górnik Zabrze1718-2120
12.Lechia Gdańsk178-1517
13.GKS Bełchatów1720-2016
14.ŁKS Łódź1712-3415
15.Cracovia Kraków179-1914
16.Zagłębie Lubin1715-3213

Artiom Rudniew


Ekstraklasa: 18
Puchar Polski: 3

Aleksandar Tonev


Ekstraklasa: 2
Puchar Polski: 0

Mateusz Możdżeń


Ekstraklasa: 2
Puchar Polski: 0

Dimitrije Injac


Ekstraklasa: 5
Puchar Polski: 1


Mateusz Możdżeń


Ekstraklasa: 2
Puchar Polski: -


Grzegorz Wojtkowiak


Ekstraklasa: 2
Puchar Polski: -


Praska baszta i zalany hotel, czyli lechity wyjazd do Pragi

Położywszy się w poniedziałek dość późno, mając w perspektywie wczesną pobudkę i podróż, mimo wszystko długo nie mogłem zasnąć. W głowie kłębiły mi się różne myśli, część z nich dotyczyła osób, które miałem zabrać ze sobą, część planu podróży, zwiedzania, godziny dotarcia do hotelu. Na myśl przyszedł mi także Box, który nigdy już z nami nigdzie nie pojedzie... Ciałem, bo wierzę, że duchem wybrał się do Pragi. Nie żartował w samochodzie, nie prosił o postój na co drugiej stacji benzynowej, nie zajmował żadnego z foteli w żadnym z samochodów, ale był tam z nami. Tego jestem pewien.

Za dużo bagażu i paszport rodzeństwa. Wreszcie grubo po północy, kiedy bus z drugą grupą lechitów (lechitowców?) od dwóch godzin był już w trasie, wsłuchując się w spokojny, miarowy oddech żony, sam zasnąłem. Sen wydawał się trwać raptem sekundę, gdy wytrącił mnie z niego sygnał telefonu komórkowego. Czas wstawać.

Niebo było jeszcze zupełnie ciemne, gdy znosiłem bagaże do naszego maleńkiego środka transportu. Nie autokarem, busem, camperem, czy nawet legendarną "srebrną strzałą", a niewielkim autem żony wybraliśmy się tym razem w podróż. Wybór uzasadniony. Wyjazd bliski, a niskie spalanie miało zrekompensować niedogodności związane z małą ilością miejsca.

Kiedy niebo zaczęło się rozjaśniać na wschodzie, powoli ruszyliśmy w kierunku poznańskich Rataj, skąd mieliśmy zabrać trzeciego uczestnika wycieczki. Kiedy ujrzałem go dziarsko maszerującego w kierunku umówionego miejsca z plecakiem na plecach i sporą torbą podróżną w ręku, zacząłem się zastanawiać czy miał jakiś problem z wyobrażeniem sobie jak duży bagażnik może mieć tej wielkości auto... A może torbę wypchał papierosami, które sprzeda, a w drodze powrotnej torbę wyładuje czeskim piwem? Dobrze facet kombinuje...
Niestety torba zawierała rzeczy osobiste. I gdzie włożymy zapas piwa w drogę powrotną? Ruszamy do Lubonia. Stamtąd mamy zabrać kobietę. No tak! Teraz się zacznie. Skoro facet miał tyle bagażu, to kobieta zabierze pół szafy i pędem pojedziemy do jakiegoś Tesco po tani bagażnik dachowy...
A tu niespodzianka - dziewczyna z małym plecaczkiem. Trzask, prask i już zmierzamy do Komornik, gdzie wjeżdżamy na krajową "piątkę". Tempem niemal zgodnym z przepisami mijamy Stęszew, Kościan, Leszno i zjeżdżamy na "dwunastkę" w kierunku Głogowa, potem jakimiś wioskami docieramy do autostrad A18 i A4, by wreszcie pod Zgorzelcem zatrzymać się na śniadanko i tankowanie.
Kupujemy zestaw żarówek i trójkąt, którego - nie wiedzieć czemu - w aucie nie było. Wszystko po to, by nie było się do czego przyczepić, ale... Niestety nigdzie na półkach nie było paszportów, ani dowodów osobistych... Wjeżdżamy do Czech w Zawidowie i od tego momentu każda niemal rozmowa schodzi na temat... braku paszportu jednego z uczestników. Paszport właściwie był, ale nie ten, który powinien. W końcu czeska policja postawiona była na nogi w związku z najazdem troglodytów z północy, więc mówimy już tylko o aresztowaniu, ekstradycji, lochach i pałowaniu. W Czechach na pewno takie wykroczenie karane jest chłostą. A jak będą chcieli wybatożyć nas wszystkich? To się wyprzemy znajomości, powiemy, że to autostopowicz, który sterroryzował nas maczetą!
Tuż za granicą przykleja się do nas czeska "lodówa". Grzecznie, dziewięćdziesiątką, światła włączone, "ekstradycja" uczy się na pamięć numeru pesel rodzeństwa. Po dwóch kilometrach lodówa nas wyprzedza, wjeżdża przed nas i kiedy już czekaliśmy na słynne "bitte folgen" (kto czytał moje wypociny z innych wyjazdów, ten wie do czego piję), radiowóz nagle zaczął przyspieszać i po jakimś czasie nie było go już widać. Mijaliśmy jeszcze po drodze kilka patroli, ale nas nie zatrzymano. Wreszcie dotarliśmy na przedmieścia Pragi, gdzie na parkingu zostawiliśmy samochód. Zaczynamy inwazję.

Czeska uroda i ciemne piwo. Ruszamy do stacji końcowej metra Černý Most. Tam staramy się ogarnąć temat korzystania z podziemnej kolejki. Dzięki angielskim opisom szybko wiemy jaki bilet kupić, ale automat przyjmuje tylko bilon, więc ruszam do informacji. Z małego okienka padają jakieś głośne słowa w kierunku Japonki stojącej przede mną w kolejce. Wreszcie okienko się zamyka, a otwierają się drzwi, w których staje minimum sto kilogramów wagi zamkniętych w mierzącej pod 190 centymetrów wzrostu rudej i piegowatej Czeszce. Drobna Japonka rozwarła szeroko oczy. Nie no, jeśli to ma być ta słynna uroda naszych południowych sąsiadek, to ja stąd spieprzam - pomyślałem. Kobieta-gigant złapała swoim łapskiem drobną dłoń mikrej Azjatki i pokazała jej jak ma dostać się do lotniska. Japonka podskakiwała jak kukła, a scena wyglądała tyleż strasznie, co i zabawnie.
- How can I help you? - matko, kolej na mnie... Pełen obaw uniosłem rękę do mapy, jak nieuk poproszony o wskazanie Alp podczas lekcji geografii. - Jesteśmy tu, a chcemy być tu. Czy to oznacza, że musimy się przesiąść tu? - Tak - odparła olbrzymia Czeszka, ale łapy na szczęście wciąż trzymała przy sobie. Rozmieni nam Pani pieniądze? - Nie! Tobaco Shop! Tobaco Shop!

W owym sklepie tytoniowym nawet nie rozmieniamy pieniędzy, tylko kupujemy cztery dobowe bilety. Jedziemy na Hradczany! Już w metrze okazało się, że Czeszki są jednak urodziwe. Z jedną przesiadką docieramy na miejsce, a ze stacji do pałacowego kompleksu prowadzą nas znaki. Jak po sznurku trafiamy do celu.
Jako pierwsza naszym oczom objawia się Katedra św. Wita, Wacława i Wojciecha, dalej pałacowy dziedziniec z fontanną i Kaplicą św. Krzyża, następnie Bazylika św. Jerzego. Z daleka widzimy Loretę, ale Straż Zamkowa blokuje do niej przejście. Ustawiony mikrofon, kamery, wozy transmisyjne. Widać, że dzieje się tu coś ważnego. Ruszamy schodami w dół nieopodal Złotej Uliczki. Radość ze zwiedzania psuje jedynie sprzęt fotograficzny, który poważnie nawala. Stąd też przepraszam z góry za niektóre ze zdjęć...

Katedra
Katedra św. Wita, Wacława i Wojciecha
Świątynie
Bazylika św. Jerzego i Kaplica św.Krzyża

Trafiamy do okalającego kompleks parku, mijamy kolejne baszty, maszerujemy tunelem, kładką, by wreszcie trafić do Lorety z zupełnie innej strony. Loreta swoją drogą, ale przy placu ją otaczającym znajduje się pijalnia piwa "U Černého vola". Polecana przez znawców tematu, bo tutaj czas się zatrzymał. Pod piękną elewacją budynku, kryje się knajpa, gdzie nie ma krzeseł. Są za to stoły i ławki z drewna pokrytego politurą. Poprzecierane, z poobijanymi narożnikami, były świadkiem wielu zdarzeń. Jest i stanowisko barmana, mający może 1,5 metra stalowy blat z małym dwukomorowym zlewem i "kijami". Wreszcie wypijemy pierwsze piwo w Czechach - Velkopopovicky kozel w wersji ciemnej. Tej knajpy nie wygładzono i nie zamerykanizowano. Jest tak, jak być powinno i chwała Czechom, że w czasach globalizacji mają jeszcze takie perełki, gdzie duże piwo kosztuje 3,60-4,40, a stali bywalcy mają osobny stolik. Tutaj ponoć nigdy nie ma wolnych miejsc. Prócz grupy turystów spragnionych oryginalnego klimatu Czech są i rdzenni prażanie. Barman płucze kufle pod kranem, nalewa nam ciemnego piwa i wali kuflami w blat, tak, by piana polała się po zewnętrznych ściankach naczynia. Podnosimy kufle zostawiając charakterystyczne kółka i idziemy do przykręconego do ściany drewnianego blatu. Tu spożywa się piwo na stojąco, kiedy miejsc siedzących brakuje. Rozglądamy się po ciemnym lokalu. Niewiele wpada tu światła przez okienka, a nad blatem rosłego barmana z wielkim brzuchem świeci się jedna energooszczędna świetlówka - gdyby nie ona można by odnieść wrażenie, że cofnęliśmy się w czasie. Stara, poczciwa mordownia.

Loreta i knajpa
Loreta i elewacja U Černého vola

Knajpa
U Černého vola

Ruszamy w dół, znów mijamy dziesiątki czarujących kamieniczek, zamek. Schodami w dół. Do Mostu Karola. Tutaj roi się od stoisk z pamiątkami, wszelkiej maści rysowników, karykaturzystów i... polskich turystów. Udajemy się na Stare Miasto, by zapoznać się z miejscem zbiórki i zameldować w hotelu. Po szybkim marszu docieramy do hotelu, radzi, że zaraz weźmiemy prysznic i zjemy jakieś ohydnie kaloryczne czeskie danie.

Problem natury technicznej. Przemiła recepcjonistka z uśmiechem na twarzy wita nas zdaniem: - We have a technical problem in hotel. (Hahaha! Świetny żart, dawaj ten klucz...)

No tak, przecież jesteśmy jeszcze za mało zmęczeni marszem, trzeba nam dołożyć... W tym momencie dzwonią do nas wycieczkowicze z busa. Kiepski moment...Odezwiemy się później. Miła pani płynną angielszczyzną tłumaczy nam, że nasz pokój został zalany i muszą nas przenieść do innego hotelu. Pyta czy mamy ze sobą auto, a kiedy dowiaduje się o parkingu Park + Ride, zamawia nam bezpłatną taksówkę, tłumaczy jak skorzystać z parkingu hotelowego, kiedy już pojedziemy po samochód. Mówi o tym, że zapłacą za nas różnicę w cenie hotelu. Niby fajnie, ale szkoda, że kontaktu żadnego nie było wcześniej... No i cały misterny plan w pi...!
Miły młody taksówkarz wiezie nas do hotelu numer dwa. Po drodze pyta ilu nas będzie na meczu. Tłumaczymy wszystko, schodzimy na temat gazety "Blesk". Facet czytał w niej o nas, ale nie uwierzył we wszystko, bo to brukowiec. Nie ukrywał jednak, że Czesi naszego przyjazdu się bali. Sam będąc fanem Slavii życzył nam powodzenia. Czas uciekał. Wreszcie meldujemy się w hotelu i wypisujemy przygłupawy kwestionariusz.
Dwójka rusza do metra i jedzie po auto, pozostała dwójka bierze prysznic i ogarnia temat obiadu. Szybko docieramy po samochód i - do tej pory nie wiem dlaczego - jedziemy na wskazany parking hotelowy zamiast pod hotel. Dopiero po zaparkowaniu auta przypominamy sobie o bagażu. To kawałek, przeniesiemy go. Wcześniej na mapie widziałem, że parking jest blisko hotelu, ale starszy pan pytany o drogę wysłał nas w złym kierunku, więc straciliśmy kolejne cenne minuty i mieliśmy w nogach kolejny niepotrzebny kilometr z pełnym obciążeniem. (Złośliwy stary gnój!) Dodatkowo, o czym już wspominałem na początku, mamy o jedną torbę za dużo:).
Niemal biegniemy, wzywamy posiłki - pozostała dwójka ma nam przyjść z odsieczą. Bagaże wydają się już zbyt ciężkie. Obie pary znajdują się przy jednej stacji metra, obie widzą te same budynki, ale... nie widzą siebie... Spotykamy się dopiero 200 metrów od hotelu i od razu złe wiadomości. Wokół hotelu same drogie knajpy serwujące dania kuchni chińskiej, japońskiej, meksykańskiej i włoskiej. Nic czeskiego. Dwójka, która miała ogarnąć temat obiadu wnosi bagaże do pokoju i ma czas, aby się przebrać. Ja wraz z drugim tragarzem wpadamy wycieńczeni do hotelowego baru i zamawiamy po dużym piwie jasnym Plzeňský Prazdroj (znanym jako Pilsner Urquell). Wypijamy je duszkiem.
W windzie spotykamy wyszykowanych kompanów. Wpadamy do pokoju, puszczam wodę do wanny i biorę czyste ciuchy. Nie mogłem oprzeć się chwili leżenia w wannie, mały relaks, bo przecież za chwilę znów marsz. Bierzemy bilety, dokumenty i ruszamy na zbiórkę. Staroměstské náměstí wypełniony już był kibicami Kolejorza. Siadamy w ogródku knajpy zachwalającej na witrynach czeskie jedzenie. Amerykanka siedząca przy stoliku obok pyta się po co tu jest tyle policji. Odpowiadamy, że nie wiemy.
Rozgrzewka
Staroměstské náměstí

- Jesteście kibicami klubu piłkarskiego? - Tak, Lecha Poznań z Polski. - A jesteście niebezpieczni?
Uśmiechamy się tylko i zaglądamy do karty dań, gdzie oczy skupiają się na cenach... Od 300 do 920 koron za porcję... Nasza strata, nie ma czasu zjemy nawet za tyle...Po dłuższej chwili widząc, że kelnerzy na nas nie reagują, ostentacyjnie walimy kartami dań w stół i opuszczamy niegościnny lokal. Jeszcze wchodzimy w boczną uliczkę, by poszukać chociaż kiełbasy z cebulką lub párka v rohlíku. Zamiast jadła trafiamy na kompanów z busa. Kupujemy jakieś kanapki i wracamy pod pomnik Husa na Rynku Staromiejskim.

Stadion na Łazarzu. Zegar wybija 18 i rynek ożywa. Milczący dotąd kibice dają próbkę swoich umiejętności. Ponad dwa tysiące gardeł wyśpiewuje "wizytówkę" i odtąd "modra lavina" - jak nazwał nas czeski Sport - staje się główną atrakcją turystyczną. Setki Azjatów z kamerami i aparatami kręci z niedowierzaniem głowami, Hiszpanie i Włosi kiwają z szacunkiem. Wreszcie ruszamy, ludzie z okien robią zdjęcia, ktoś coś rzucił w naszym kierunku. Mijamy Paryską, Most Czechowa i schodami w górę, a potem w prawo i wciąż w górę, pod wielkim praskim metronomem. Wreszcie naszym oczom ukazuje się stadion na Letnej. Żartujemy, że wygląda tak, jakby w miejscu starej zajezdni na Gajowej wybudowali stadion otoczony kamienicami. W końcu wszyscy przyznajemy, że to miejsce bardziej przypomina nam Łazarz niż Jeżyce.

Nad głowami nieustannie terkocze rotor policyjnego śmigłowca.

Po dłuższej chwili, zakupie kolejnego piwa - tym razem
Zlatopramen světlé výčepní i odwiedzinach busa, stajemy w kolejce trzymając w rękach dowody tożsamości i bilety. Ostatnia prosta. Osoby, które weszły już na stadion patrzyły na nas z góry opierając się o barierki, co najwidoczniej nie spodobało się jakiemuś ochroniarzowi, który wyglądał jakby miał za moment umrzeć, a darł mordę na wszystkich. I na kibiców, i na podwładnych. W końcu doczekał się ów jegomość słynnej przyśpiewki "zostaw kibica" i zniknął w czeluściach Letnej.

Wpuszczają po kilka osób. Najpierw "macanko" i rewizja plecaków, potem bilety. Dokumentów nie sprawdzają. Wchodzimy na stadion i zajmujemy miejsca w sektorze, z którego nie widać jednego z narożników boiska. Podczas wyczytywania składu Lecha pojawiają się gwizdy ze strony Czechów. W rewanżu robimy taki raban, że nie słychać spikera czytającego pierwsze nazwiska prażan, a po chwili ruszamy z dopingiem i reszty nazwisk także nie słychać. Już po kilku minutach śpiewu zrozumieliśmy, że popełniliśmy błąd nie ustawiając się w kolejce po napoje. Pani, która sama z mężem piła piwo, a miała jeszcze porządny kubal coli, oddała nam go bezinteresownie, za co z tego miejsca gorąco jej dziękuję.

Rozpoczyna się teatrzyk - nie nazywam tak spektaklu piłkarskiego oczywiście. Z głośników płynie doping (?), a za moment hymn Sparty, gdyby ktoś nie znał tekstu - ten wyświetlany był na telebimie. Na murawie flagi Sparty. Jakieś deja vu mam chyba, bo widziałem to już w Belgii bodaj. Zaczyna się mecz, zaczyna się śpiew na poważnie. Długie minuty śpiewamy "za Lechem przemierzamy cały świat", a "animator" stojąc na płocie i trzymając się siatki, która wisiała nad całym naszym sektorem, dopingował nas do większego wysiłku. Ultrasi prezentują oprawę.

Kibice w Pradze
Animator:)
oprawa
First to fight

Upływały kolejne minuty, śpiew czasem wyciszaliśmy i wtedy ożywiały się pozostałe trybuny. Łatwo jednak za moment znów ich przekrzykiwaliśmy, wypruwając wręcz z siebie flaki. W pierwszej połowie doping kibiców Sparty docierał do nas tylko w trakcie wyciszeń. Do przerwy bezbramkowy remis na boisku i w mojej ocenie pogrom na trybunach. Trzeba iść po napoje. Najmłodszy kompan rusza do kolejki, a reszta wymienia spostrzeżenia po pierwszej połowie meczu. Panują dobre opinie i pewność, że nic złego nam się nie stanie. W naszym rewirze sporo mówi się o młodziutkim Kamilu Drygasie - wszyscy są pełni podziwu.

Prowadzący doping wdrapywał się powoli na płot, to znak, że zaczynamy ciąg dalszy przedstawienia. Wstajemy i śpiewamy, a Lech radzi sobie przyzwoicie. Suną ataki i po jednej z akcji już cieszyliśmy się z gola - spalony. Później, a może wcześniej też widzieliśmy piłkę w bramce, ale ona nieznacznie minęła słupek bramki strzeżonej przez Jaromira Blazka. W końcu stało się coś, czego po przebiegu meczu się nie spodziewaliśmy - prażanie zdobyli gola. Widziałem go jak przez mgłę. Sektor na moment ucichł, ale już po chwili doping znów ruszył z kopyta. Może to moje subiektywne odczucie, ale po golu doping chyba trochę osłabł i częściej słyszałem czeskich kibiców niż wcześniej. Po zakończeniu meczu żegnamy gromkimi oklaskami naszych piłkarzy i oczekujemy na wyjście. W końcu opuszczamy stadion może tylko trochę smutni.
Rumuńska taksówka i odkryty minibar. Pod stadionem zahaczył nas jakiś śniady gość i zaproponował usługi swojej taryfy. - Ile chcesz, bo to na taksówkę nie wygląda? - pytamy tego typa spod ciemnej gwiazdy. - Taksometr pokaże. - Tylko, żebyś nas nie robił w konia, bo cię przerobimy na knedliki.
Taksówkarz zachwalał swoją uczciwość i zdobył nas stwierdzeniem, że Sparta to je hovno, ale miał dwie wady - uważał, że Warszawa jest ładniejsza od Poznania i miał coś przekręcony ten taksometr w wozie, bo dziwnie szybko nabijał kolejne korony. Kiedy już poznaliśmy okolicę, kazaliśmy mu stanąć. - Tu nie mogę - bronił się taryfiarz. - Możesz, możesz - padła odpowiedź. Uregulowaliśmy rachunek i ruszyliśmy do hotelu. Przebraliśmy się i zeszliśmy na dół, do baru. Ten właśnie zamknięto, więc niepocieszeni wróciliśmy do pokoju. Mocno zmęczeni nie mieliśmy ochoty szukać czynnej knajpy, zwłaszcza, że na Stare Miasto było daleko. Smutni rozsiedliśmy się w pokoju, każdy wyciągnął z bagażu jakieś przekąski i zaczęliśmy gaworzyć, przegryzając chrupki, paluszki i wafelki. Całe to "jadło" popijaliśmy wodą - jak zwierzęta:). I kiedy już dyskusja przestała się kleić, zaciekawił nas dziwny, starodawny stolik pod telewizor. W dziwnym meblu była lodóweczka, a w niej... pilsner, whisky, cola... I zaczęło się znów kleić...

Wyszehrad i micha żarcia. Wstaliśmy koło dziewiątej. Krótka toaleta i na śniadanko. W piwnicy hotelu urządzono małą jadalnię, gdzie wystawiono stół szwedzki. Bierzemy pieczywo, masło, obkład i trochę kiełbasy smażonej. To, co najlepsze już było wyjedzone. Kto późno przychodzi... Bardzo średnie to śniadanie i czterech gwiazdek niegodne. Dajemy tróję i to tylko dlatego, ze połowa z nas nie doznała "zaszczytu" posmakowania owych kiełbasek, dzięki czemu notę zawyżyła. Dziwny ten hotel, niby piękne pokoje, urocze meble, a śniadanie kiepskie i jeszcze wymeldować się trzeba do 11. Wymeldowaliśmy się i poprosiliśmy o przechowanie bagaży w recepcji. My sami w metro i na Wyszehrad. Chwila i już byliśmy pod Rotundą św. Marcina, a za moment pod Bazyliką Piotra i Pawła. Bazylikę zwiedziliśmy także wewnątrz ukradkiem robiąc kilka zdjęć. Po wyjściu z niej poczuliśmy pragnienie, więc wstąpiliśmy do pobliskiego ogródka, by skosztować kolejnego piwa. Tym razem Mušketýra z browaru Krušovice. I dalej ruszamy w dół do metra. Raptem trzy stacje i wysiadamy pod Muzeum, skąd spacerkiem wracamy na Stare Miasto, by poszukać polecanej przez kolegę Stempla restauracyjki Staromáček. Po drodze jeszcze kupuję párka v rohlíku. Ale nic on nie miał wspólnego z tradycyjnym czeskim. Zwyczajny hot-dog i tyle. Cięta, nie drążona bułka i parówka, a szkoda, bo ponoć te oryginalne można jeszcze znaleźć.

Wyszehrad
Bazylika Piotra i Pawła oraz Rotunda św. Marcina

Opisane witryny poznaliśmy bezbłędnie, a sam właściciel zaprosił nas do środka wręczając polskie menu.  Na początek napoje. Kiedy ja, jako kierowca zamówiłem jedynie wodę, reszta załogi znów chciała posmakować ciemnego Kozela. Na pierwsze danie zamawiamy Chřestový krém. I już po chwili kelner przynosi nam intrygującą bulionówkę z jeszcze bardziej intrygującą zawartością. Bardzo stare naczynia pasowały do wystroju gospody, a w nich podano istne cudo. Gęsty krem ze szparagów, na powierzchni którego pływała spora łycha śmietany. Pyszne cebulowe pieczywo w dłoń i wiosłujemy. Idealny smak, wprost niebo w gębie. Następnie przyszła pora na danie drugie. Początkowo troje z nas zamówiło Praską basztę, a potem - po namowie właściciela - wszyscy, o czym zapomniałem i niechybnie wszcząłem kłótnie o talerz z tym przysmakiem. Kelnerka zwyczajnie więcej niż trzech talerzy na raz nie dała rady przynieść...
Początkowo myślałem, że to danie to  jakiś proamerykański wymysł i będę musiał domówić ser smażony w panierce, żeby się dopchać, ale to, co otrzymałem na talerzu wyglądało nad wyraz godnie... Pražská bašta to ponoć danie, które zamawiali strażnicy schodzący z dobowej warty. Miały chłopy spust, nie ma co... Na leciwym talerzu spoczywały trzy rodzaje knedlików (houskový - bułczany, bramborový - ziemniaczany i špekový - boczkowy), obok nich plastry boczku, schabu i jeszcze jednego, bardzo delikatnego mięsa, którego w spisie owego dania nie odnalazłem. Pod nimi kapusta, jakby mieszanka kwaśnej i słodkiej.  Wszystko to polane jasnym sosem. Dzieło wieńczyła baszta - czyli ćwiartka kury ze sterczącą ku górze nogą, obsypana porem i przyozdobiona sałatą oraz papryką. Jestem twardy, zjem to, nie ma bata! Nie zjadłem... nikt nie zjadł... tego nie dało się zjeść. Broń Boże, nie z powodu smaku... Skosztowałem każdego z knedlików, zjadłem kapustę, schab, boczek, to delikatne, ale na ćwiartce kury wysiadłem. Wszystko było pyszne i rozpływające się w ustach (poza schabem, który lekko już był suchy) ale ilość była tak zatrważająca, że nawet mój wielki miech nie mógł tego pomieścić. Wszystko przez tego hot-doga... "Ekstradycja" nie dała rady zjeść nawet jednej trzeciej.

Ledwie się ruszając skierowaliśmy kroki do auta.

Praska baszta
To się je w Czechach

Wesoły autobus. Jeszcze tylko krótka wizyta w hotelu po bagaż, w sklepie, gdzie wykupiliśmy cały zapas Kozela, trochę Radegasta i Gambrinusa (nie musieliśmy wyrzucac tej torby, co o nią było za dużo) oraz na gigantycznym stadionie Strahov i ruszamy do Polski. Po drodze mijamy Tańczący dom nad Wełtawą.

Strahov
Wielki Strahov mieści 250 tysięcy widzów i... 8 boisk

Droga powrotna początkowo była ciężka, bo wpakowaliśmy się w korki, ale później szło już znakomicie, choć objuczony samochodzik nie chciał podjeżdżać pod wzniesienia. Nie wiem czy to czeskie powietrze, czy może dolewali czegoś (albo dosypywali) do napojów izotonicznych, ale całą drogę śmialiśmy się do łez, opowiadając sobie różne historie. I o Czechach, i o wyjazdach, i o tym co nawywijaliśmy za młodu. Ubaw był po pachy, a zapłakany ze śmiechu czasem musiałem zwalniać auto, bo nie widziałem drogi... I to wszystko bez dopalaczy... Tak mijaliśmy kolejne miejscowości i około 22 przywitały nas rogatki naszego miasta.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej...

Właściwie poza sprawą hotelu nie wydarzyło się nic niespodziewanego, a mimo to uznaliśmy ten wyjazd za arcyudany. Koło północy, po podliczeniu wyjazdowego bilansu położyłem się spać. Tylko przyłożyłem głowę do poduszki i już mnie nie było... Nic mi się nie śniło, ani czeska zapaśniczka, ani piękne Hradczany, ani nawet - nad czym bardzo ubolewam - piwna mordownia...

Kliknij TUTAJ, aby zobaczyć więcej zdjęć z naszej podróży.
dodał: RoG źródło: własne foto: ln
czytań: 1080 komentarzy: 9

komentarze


maciusdebno 30-07-2010 20:53:23
Jak zawsze kapitalny opis wyjazdu lechity ;))
Asterix66 30-07-2010 18:12:00
Jak zawsze opis wyjazdu rewelacja , mam nadzieje że następny będzie wspólny a nie na 2 auta :)
Też czułem obecność Boxera z nami ... [*]
Jaro 68 30-07-2010 09:20:10
RoG przyjacielu czyta się Ciebie jak książkę :)
Ariel1989 30-07-2010 06:38:58
Jak oglądałem mecz to miałem ciary jak było was panowie słychać,to jest coś cudownego,nie da sie tego opisać!!! Żeby 2,3tys naszych kiboli totalnie przyćmiło 12tys Prażan.Światowa czołówka!!!
Renifer 30-07-2010 01:43:57
RoG Dzięki za niewyspaną nockę ;)
Qman 29-07-2010 23:31:51
jak zwykle świetnie oddany klimat całego wyjazdu :)
ezomir 29-07-2010 23:16:47
Sympatyczny wyjazd... mam nadzieje ze jeszcze w tym sezonie Lech zawita i w moje rejony :)
Adamiec 29-07-2010 22:19:43
Ciekawe, życzę wszystkim > jeszcze paru takich opisów w tym sezonie..
aniaKKS 29-07-2010 21:40:57
pozdrawiamy Karolinę! :D

« poprzednia 1 następna »

Relacja Live | Liga Typerów | Stat4u
design: RoG, Code: Hajek, CMS: WxSport